Blog > Komentarze do wpisu
O Jeju!!, czyli o zderzeniu kulturowym na koreańskiej wyspie Jeju (Czedżu)
Kilkudniowy wypad na koreańską wyspę Jeju zaplanowałyśmy ze znajomymi Chinkami z dużym wyprzedzeniem, stąd przez ostatnie tygodnie słyszałam tylko o jednym; kupowanie, kupowanie, kupowanie (Buy, buy, buy). Moje znajome najpierw z niedowierzaniem podchodziły do mojej rezerwy do zakupów online. One już od dawna kupowały drogie kosmetyki na portalu bezcłowego sklepu Lotte, które miały odebrać w drodze powrotnej do Szanghaju, już na lotnisku, po przejściu przez odprawę i całą procedurę graniczną. W końcu i ja ściągnęłam aplikację i wrzuciłam do koszyka kilka rzeczy. Wtedy ktoś mnie oświecił, że aby te przedmioty odebrać będę musiała stać w niesamowicie długiej kolejce, bo przecież WSZYSCY pasażerowie naszego samolotu będą odbierać swoje gigantyczne zakupy w tym samym czasie (a wierzcie, mi, że słowo GIGANTYCZNE nie oddaje ani trochę ogromu zjawiska). No i każdy musi zdążyć na ten sam samolot. Zrezygnowałam. Kilka rzeczy, które będę chciała kupić, zakupię na miejscu. Tak też zrobiłam choć okazało się, że sklep bezcłowy na lotnisku w Jeju jest dość mały, a w dodatku nie przyjmują Euro! Z płatnością w RMB nie było problemów, nawet wydawano resztę w tej samej walucie! Po co większy sklep, kiedy Chińczycy stanowiący chyba 99% klienteli zakupują swoje produkty przez Internet, a na lotnisku je tylko odbierają! Zaczynam moją historię trochę od końca, ale jestem pod takim wrażeniem tego co zobaczyłam na lotnisku, że koniecznie muszę to opisać, choć nie wiem, czy słowa są w stanie oddać to, co się tam dzieje!

Shilla Duty Free

Najpierw musiałyśmy stoczyć walkę, by przejść przed odprawę. Każdy chce jak najszybciej (co zrozumiałe) znaleźć się pod drugiej stronie, by stoczyć walkę z czasem i uwinąć się z TYM, o czym pojęcia nie miałam.

Po drugiej stronie, lotnisko okazało się prawie perfekcyjnie przygotowane na fale chińskich klientów i odbiór zakupów odbywał się bardzo sprawnie, jednocześnie w kilku, albo nawet kilkunastu stoiskach. Miejsce wygląda trochę jak szatnia w teatrze, tylko zamiast wierzchniego odzienia odbierane są gigantyczne torby wypełnione zakupami.

Najbardziej zafascynowały mnie GÓRY folii bąbelkowej i mrówcza robota wykonywana przez rzesze Chinek i Chińczyków, którzy obsiedli całą halę odlotów. Każdy zajmując kilka foteli rozkładał swoje zakupy i rozrywał folię bąbelkową, w którą były zapakowane. Nad tym obsługa Lotte musi chyba jeszcze popracować. Otóż każdy zakupiony przedmiot jest osobno pakowany, a wierzcie mi, że każda osoba kupiła po kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset przedmiotów. Stąd w totalnym amoku rozpakowywali je z tych folii, a niekiedy nawet z kartonowych opakowań, by móc wnieść na pokład samolotu. Samolot w koniec końców nie jest z gumy! Chińczycy po zakończeniu tej mozolnej pracy pozostawiali po sobie góry folii bąbelkowej, której nawet nie próbowali uprzątnąć. Na szczęście dobrze przygotowana obsługa lotniska do walki z folią wypuszczała zastępy pań sprzątających, które na bieżąco usuwały hałdy (by na ich miejsce mogły powstać kolejne).  Chińczycy pakowali swoje zdobycze do toreb podróżnych, które drogę z Szanghaju odbyły jako małe, niepozorne torebki, ale dzięki magicznym zamkom błyskawicznym podwajały, lub nawet potrajały swoją objętość.

Pieniądze zostawiane w bezcłowym sklepie Lotte to tylko wierzchołek góry lodowej. Po co im tyle kosmetyków. Otóż tu dochodzimy do sedna sprawy, czyli słowa klucza „daigou”, które można przetłumaczyć jako kupowanie w zastępstwie. Większość towaru, spakowanego w przepastne torby i przywiezionego do kraju nie została kupiona na własny użytek, a na sprzedaż. Wkrótce wszystkie te kremy, serum, maseczki, szmineczki i butelki perfum zostaną wystawione na …Taobao oczywiście i to z dużym zyskiem. Część została zakupiona na zamówienie, pod konkretnego odbiorcę. Interes się kręci.

Przed wylotem do Korei słyszałam już, że na Jeju jest więcej Chińczyków niż Koreańczyków. Na miejscu przekonałam się, nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. A powiem więcej, są takie miejsca, jak na przykład sklep bezcłowy Shilla  w Yeon-Dong, gdzie Chińczycy stanowią chyba  nie tylko prawie 100% klientów, ale być może nawet z 50% obsługi, bo znaczna część sprzedawców też zdawała się pochodzić z Chin! Właśnie do tych bezcłowych sklepów, które są chyba we wszystkich miastach na wyspie, przybywają chińskie pielgrzymki. Zmęczeni, wręcz zmordowani zakupami Chińczycy obsiadają murki i krawężniki wokół centrów handlowych, otoczeni niezliczonymi ilościami toreb z logo sklepów bezcłowych.

Buy, buy, buy.

Kwiecień 2016

niedziela, 24 kwietnia 2016, kakciaw

Polecane wpisy